Z(Ł)OO?...

wtorek, stycznia 20, 2026 Sagitta's world 0 Comments

Poszłam do zoo. Sama. W niedzielę. W zimie. Szalona. Poszłam, bo już od jakiegoś czasu chciałam tu przyjść tak na spokojnie, w swoim tempie. Bo zatęskniłam za tropikami, a w zuryskim zoo jest Masoala Regenwald. Las deszczowy wzorowany na tym z Madagaskaru (pingwiny też są, w innej części zoo, w zimie nawet paradują po ścieżkach). Już samo zoo to dla niektórych temat kontrowersyjny, bo czy to etyczne tak więzić żywe istoty? Natomiast samotna kobieta w zoo, na dodatek dość pogodna, z rozluźnionymi rysami twarzy, dla będących tam tabunami rodziców z dziećmi to podejrzewam bezdzietna lambadziara, która średnio rozumie i to więzienie i to rodzicielstwo.
Co do kontrowersyjności zoo, to ja Wam napiszę tak: nie każdy ma możliwość odwiedzenia Galapagos czy Parku Etosha, a większość rodziców chce pokazywać swoim dzieciom świat, samemu go też odkrywając lub poznając na nowo. Ja sama swój pierwszy las deszczowy odwiedziłam po 30-stce, 10 lat temu w 2016 roku (wpisuję się w obecny trend 2016-2026).  Dobrze wiem też z autopsji między innymi po pobycie w Australii, gdzie większość kangurów mieszkających w dziczy widziałam martwych przy drogach, a najbliższy kontakt z nimi miałam w Sanktuarium w Brisbane (gdzie obiecałam sobie, że żadnego już nie zjem), a jedynego kazuara widziałam w zoo, mimo, że mieliśmy nocleg w miejscu, w którym jakiś powinien przyjść do nas w odwiedziny, nie ma gwarancji na takie bliskie odkrywanie. Po swojej wizycie w zoo w San Diego sama też zwątpiłam w bliskie i bezpieczne spotkania ze zwierzętami nawet w parkach zoologicznych. Pisałam już o tym na blogu:
"Z tym Zoo w San Diego, swoją drogą, to jest jakaś straszna ściema i całe to zwiedzanie nie jest warte nawet dolara. Większość zwierząt podczas naszej wizyty spała, schowana gdzieś w swoich norach. I niby śpią, bo to godzina nie ta, bo to strefa nie ta, bo to pora roku nie ta, ale my zaczęliśmy podejrzewać, że one tak naprawdę nie istnieją, ewentualnie są sztuczne, co obniża koszty utrzymania zoo. Prawdziwe są już dawno na Madagaskarze (przynajmniej Marty z Alexem, Melmanem i Glorią...). Młody, kilkuletni Amerykanin poszedł nieco dalej w swoich podejrzeniach: "Mamo, ten diabeł tasmański dalej śpi. Może on nie żyje?"
Moja dewiza co do takich miejsc generalnie brzmi: "Wybieraj mądrze, sprawdzaj opinie, nie wspieraj szajsu. Im mniej oczekiwań, tym więcej zwierząt spotkasz." Zuryskie zoo jest moim zdaniem naprawdę świetne: duża przestrzeń, zadbane zwierzęta, place zabaw dla dzieci, restauracje i bary, wspieranie różnych światowych projektów, ochrona zagrożonych gatunków i edukacja. Tu możecie poczytać o projektach i je wspomóc PROJEKTY ZOOh!. Zerknęłam na bliskie mi krakowskie zoo, w którym byłam tak dawno, że nawet nie wiem jak dawno. Może nie ma tak spektakularnych projektów, ale funkcję edukacyjną i ochronną spełnia: ZOO Kraków
Ale wracając do mojej samotnej wizyty w zuryskim ogrodzie zoologicznym... Ja myślałam, że ja tam idę przede wszystkim na spokojnie zagrzać się w tej Masoali (zawsze zostawiamy to na koniec, przelatując przez nią z niedosytem) i może zobaczyć w innej części ulubione żyrafy. Ja nie wiedziałam, że ja tam idę po coś więcej. Po obserwację. Po trening uważności. Ja tam po raz pierwszy jako mama mogłam poobserwować dzieci i rodziców, nie będąc jednocześnie w to zaangażowana. I przysięgam Wam, że to było jedno z najciekawszych doświadczeń ta obserwacja (przy czym nie wykluczam, że akurat dobrze trafiłam w dzień swojego cyklu ;)). Gdyby mi ktoś powiedział: idź sama do zoo, w niedzielę, będzie duuuuużo rodziców z dziećmi, to będzie mindfulness w czystej postaci, to ja bym mu powiedziała, że już chyba wolę stanąć na środku "Shibuya Crossing". Głodna na dodatek.
A ja tam w tym zoo naprawdę  nie dość, że się nie przebodźcowałam, co ostatnio szybko osiągam, to ja tam chodziłam i się uśmiechałam (ci, co nie myśleli, że lambadziara, to na bank, że na przepustce z więzienia, albo psychiatryka niekoniecznie z przepustką). I widziałam rodziców, którzy są po meltdownach swoich dzieci, w trakcie i w trybie czuwania "kiedy?". Bo że są przed to oni już wiedzą na pewno ;) I tą mamę widziałam, co już nie chce oberwać twardą śnieżną kulką, ale oberwie. I tatę, co się w chowanego bawi, żeby urwać chwilę spokoju. I tych rodziców obładowanych tymi kurtkami swoich dzieci, te mamy karmiące piersią przy słoniach. Tatę, który z dumą pokazuje synowi znalezionego na drzewie gekona. Dwie Panie z czułością uspokajające jedno dziecko. Cały przekrój widziałam. I tak sobie to znormalizowałam. Poczułam, że ja nie jestem odosobniona. I pomyślałam sobie, że w porównaniu z tymi zwierzętami w tym zoo, to my mamy przewagę. My mamy zabawki i tablety... ;)  I poczucie humoru. Bo jeśli nie wiesz, czy się śmiać, czy płakać, to... płacz przez śmiech lub śmiej się przez łzy :)

0 komentarze :