Szczypta Meksyku, czyli tortilla soup...

Zabieram Was dzisiaj w meksykańską podróż. Podróż tylko kulinarną, bo w Meksyku jeszcze nigdy nie byłam. Ok, byłam 1 km od granicy USA z Meksykiem, kiedy zwiedzaliśmy San Diego (lotniskowiec USS Midway - super! oraz Zoo*) i postanowiliśmy podjechać kawałek w stronę granicy. Oczywiście korciło nas, żeby znaleźć się na meksykańskiej ziemi, jednak oglądając potem na Google Street View kolejkę samochodów, która 'kiedyś tam' z Meksyku do Ameryki jechała, z ulgą stwierdziliśmy: dobra nasza, prawdopodobnie jesteśmy 24h do przodu.

Ale przejdźmy do zupy :)
Parę lat temu, któraś polska telewizja wyemitowała film przesmaczny - "Tortilla Soup"/"Zupa z tortillą". Film o amerykańsko-meksykańskim byłym szefie kuchni, który mimo tego, że nieszczęśliwie stracił  zmysł smaku, przygotowuje dla swoich córek dania nieziemsko smaczne. Ponieważ film zadziałał na większość moich zmysłów, postanowiłam zapytać wujka Google'a o przepis na tytułową zupę. Znaleziony przepis troszkę zmodyfikowałam. Ja zupę uwielbiam. Jestem ciekawa, jak Wam przypadnie do gustu.

Gotowi? Gotujemy! :)

Tam, gdzie Bałtyk jest na południu...


Stockholm i Archipelag stockholmski były celem naszego ponad tygodniowego urlopu w lipcu 2015 roku. Zielono... Niebiesko... Błogo... Rodzinnie...

Większość czasu w Szwecji spędziliśmy, wraz z Kuzynką (i Jej Rodziną) oraz Kuzynem, na jednej z ponad 24 000 wysp archipelagu, wyspie Gällnö, co czyta się mniej więcej Jelno, a dla naszej wygody nawet Mielno :)
Na wyspę dotarliśmy statkiem z portu Stockholm Strömkajen po około 2 godzinach rejsu.

Stałymi, całorocznymi mieszkańcami Gällnö jest około 30 osób. Nie ma tutaj ruchu samochodowego. Mieszkańcy przemieszczają się na rowerach lub quadach. Kiedy wybierają się w odwiedziny do znajomych na inną wyspę nie wsiadają w samochód i nie mkną szosą czy autostradą, lecz pakują się do swoich łodzi lub jachtów, płynąc po wodach Morza Bałtyckiego. Tutaj Bałtyk, z uwagi na ogromą ilość wysp i wysepek, które się na nim znajdują, przypomina połączone ze sobą jeziora. 

Mieszkaliśmy w jednym z wynajmowanych przez szwedzką familię Hedlund, uroczym domku (tutaj ukłony należą się Kuzynce, która znalazła i wynajęła to miejsce - wielkie TACK!*).
Domek wyposażony był we wszystko, czego potrzeba człowiekowi na wakacjach i w to, czego człowiek nie wie, że potrzebuje. Do naszej dyspozycji mieliśmy m. in. sprzęt i miejsce do gry w ping-ponga i badmintona, trampolinę, rowery, wędki, dwie łódki, mnóstwo zabawek dla dzieci, grilla oraz saunę (używaną przez nas, nie wiedzieć czemu, 0 - słownie 'zero' - razy).
Poza sauną i wędkami korzystaliśmy ze wszystkiego. 
Jedną z większych frajd było pływanie łódką wyposażoną w silnik zaburtowy (w Szwecji można pływać bez uprawnień z silnikiem do 10KM). I tak, korzystając z łódki, wypływaliśmy na 'szerokie' wody Bałtyku, zwiedzając okolicę i robiąc zakupy w jedynym na naszej wyspie sklepie, Gällnö Handelsbod (sklep, restauracja, hostel). Żeby dotrzeć tam drogą morską musieliśmy opłynąć pół wyspy. I nie jest ważne to, że szybciej było nam pokonać trasę z domku do sklepu na rowerach czy na nogach. W końcu, jak często pływa się na zakupy łódką? :)

Łódką pływaliśmy prawie codziennie. Najczęściej we dwójkę, czasami ktoś do nas dołączał. Pewnego dnia wypłynęliśmy we czwórkę, z Kuzynką i Kuzynem. Wiatr we włosach (Kuzynie, widzę Twoją minę na słowo 'włosy'), bryza i uśmiech na twarzy. Beztroska. Dzieci z Bullerbyn.

I nagle... "Pyrkosz, pyrkosz i ... nie płyniesz."

Silnik się zepsuł... Nie, nie przywaliliśmy w nic, po prostu stwierdził, że dalej z nami nie płynie.  Akurat w momencie, kiedy jesteśmy po drugiej stronie wyspy, kiedy nasz 'port' jest spory kawałek od nas. Na szczęście jesteśmy niedaleko brzegu (o, jaka szkoda, że to nie jest brzeg koło naszego domku!).
Kuzyn łapie za wiosła i wiosłując w rytmie szantów "Hiszpańskie dziewczyny" :) lecących z głośnika telefonu, dobija naszą łajbą do nieznanego nam brzegu, na szczęście naszej wyspy.
Plan jest następujący: zostawiamy przycumowaną łódź w tym miejscu (zgodnie ze szwedzkim prawem o powszechnym dostępie do natury możemy to zrobić legalnie, gdziekolwiek chcemy), drałujemy do naszej przystani, odpalamy drugą łódź, przypływamy po 'złom' i bierzemy go na hol.

Siedzimy tak jeszcze chwilę, sącząc piwo i dopracowując nasz plan do perfekcji. I kiedy zbieramy się w drogę, by go zrealizować, podchodzi do nas Pani Szwedka. Po przedstawieniu jej naszej sytuacji i wysłuchaniu kilku uwag na temat ilości kapoków, jaka powinna być na łodzi oraz trzeźwości załogi (Droga Pani Szwedko, załoga nie piła w trakcie rejsu!), plan ulega zmianie. Kolega Pani Szwedki, Pan Szwed z małżonką, z przyjemnością nas zholują. Po podpięciu przez nas liny do naszej łodzi (w sposób udający 'pro'), od Pana Szweda pada pytanie, jak szybko ma płynąć. Nie wiedząc, czego się mamy spodziewać, pada z naszej strony odpowiedź wydająca się najbardziej bezpieczna: ze średnią prędkością. Chyba nasze miny mówiły: wolno!, bo faktycznie w ten sposób docieramy na naszą stronę wyspy...

Szwedzi to bardzo uprzejmy i pomocny naród. My, Polacy, znani z gościnności, po prostu zaprosilibyśmy takich rozbitków do domu zamiast ich holować, rozpaczając wspólnie nad ich losem :)

Gdyby ktoś chciał kiedyś wybrać się ze swoimi znajomymi lub rodziną na wyspę, tutaj www.gallnocabins.se znajdzie namiary na właściciela domków, a na stronie www.visitskargarden.se/en więcej informacji o tej i o innych wyspach Archipelagu stockholmskiego.


PS. Pamiętacie, że do dyspozycji mieliśmy drugą łódkę? :)

* 'dziękuję' po szwedzku

Czarny jeździec i Dolina Śmierci...


Jest koniec sierpnia 2013 roku. Nasz pierwszy 'road trip' po Californii. Trasa z Los Angeles do Ridgecrest w okolicach Doliny Śmierci. Prosta i dłuuuga droga. Z tyłu pusto, z przodu pusto. Ciemno dookoła. Nuda... Kręcę 5-cio minutowy, ekscytujący filmik: światła samochodowe przecinające czerń i uciekająca pod samochodem linia. Konkursu żadnego nie wygram, ale jak się zapętli, to będzie lek na jetlag po powrocie do kraju.

Z tych nudów bawimy się w coś, co nazwaliśmy roboczo 'czarny jeździec'. Jedziesz kawałek bez włączonych świateł... Włączasz. Wyłączasz. Wiem, żałosne :)
A że i ta zabawa zaczyna nas nudzić, to postanawiamy zatrzymać się na środku drogi i wyłączyć też silnik...

"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?"
Będzie się działo...

"Nie mogę odpalić..."

Oh, błagam, Mężczyzno! Przecież to jest słabe, jak suchar prowadzącego. Mam się bać? Serio? Ok, jestem przerażona. Jedziemy dalej?

Jednak po trzech próbach odpalenia samochodu i uważnemu przyjrzeniu się Małżonkowi, myślę sobie: "On nie żartuje. Rany, to się dzieje naprawdę!".

Szybka ocena sytuacji. Zmysł wzroku nam tego nie mówi, ale wiemy, że po obu stronach mamy stepy. Do pierwszych zabudowań i cywilizacji ze 100 mil. Zasięgu komórkowego brak, co nas nie dziwi. W bagażniku 2 galony wody. Prawdopodobnie za 3 godziny ujrzymy pierwszy przejeżdzający tędy samochód, którego kierowca może wezwać pomoc drogową dopiero, kiedy będzie w mieście, tym za 100 mil (chyba, że ma telefon satelitarny). Na to, że tym pierwszym samochodem będzie sama pomoc drogowa nie liczymy, skoro żadne z nas nigdy nie trafiło nawet jedynki w totka. Jak dobrze pójdzie to będziemy uratowani za jakieś 6 godzin. Ok, byle pomoc nadeszła przed wschodem słońca, bo inaczej się usmażymy. Ja mam już wizję, jak to wszystko ze stepów przypełza i oblepia nam samochód, próbując się wedrzeć do środka. Takie głupie filmy oglądałam :)

I nagle: Eureka! Kto ma lub jeździł autem z automatyczną skrzynią biegów, ten wie (przy czy musi o tym jeszcze pamiętać podczas zabawy w 'czarnego jeźdzca w stanie spoczynku'), że wyłączenie samochodu w pozycji D i próba ponownego uruchomienia go w tejże pozycji przynosi skutek o D rozbić. Człowieku, przestaw na P , do cholery! :)

Ufff, dotarliśmy szczęśliwie do celu. Do hoteliku "Best Western China Lake Inn" w Ridgecrest, utrzymanego w klimacie typowych, amerykańskich moteli z wejściem do pokoju bezpośrednio z otwartego 'korytarza'. Do hoteliku, z którego o świcie wyruszyliśmy podbijać Dolinę Śmierci, jedno z najgorętszych miejsc na ziemi, zlokalizowane na pustyni Mojave (w lipcu 1913 roku padł tu rekord temperatury powietrza: 56,7°C). Naszym pierwszym punktem w Dolinie jest największa depresja w Ameryce Północnej, "Badwater Basin" - 85,5 m p.p.m.

Obowiązkowym punktem w Dolinie Śmierci jest "Zabriskie Point", które zostało sfilmowane w filmie włoskiego reżysera Michelangelo Antonioniego pod zaskakującym tytułem "Zabriskie Point" :)

Przez cały czas towarzyszy nam temperatura osiągająca ponad 40°C, dlatego z ulgą witamy położony na wysokości 1 669 m n.p.m. punkt widokowy "Dante's View", gdzie temperatura spada do 30°C. A widok jest... co najmniej oszałamiający.

Czujecie ten upał panujący w Dolinie? Czujecie, jak przy każdym ruchu ciężko Wam się oddycha, jak spływa Wam pot z czoła? Wyobrażacie sobie zamiast chodzić, biec w tym miejscu? Biec przez 217 km przy ponad 50°C? A słyszeliście o "Ultramaratonie Badwater"?...

Noc w pobliżu strefy UFO...


Podczas naszej amerykańskiej podróży w 2014 roku, w drodze powrotnej z Arizony do Californii przez Nevadę, zatrzymaliśmy się na jedną noc w miejscu uroczym. W miejscowości Alamo, w jednym z domków w "Windmill Ridge", domku zwanym "Just Hitched" - chociaż 'uwiązani' to już byliśmy od dłuższego czasu ;)