Powiedź mi czego słuchasz...

... a powiem ci kim jesteś.

Gdybym w 2010 roku była uczestniczką badań na Uniwersytecie Curtin w Australii analizujących powiązania pomiędzy preferencjami muzycznymi, a osobowością to... No właśnie... Jestem bardzo ciekawa, co te badania powiedziałyby o moim charakterze. Ale ponieważ je przegapiłam (nikt mnie nie zapytał), to spróbuję do tego dojść sama (i nie zaburzać danych). 

Niektórzy z Was wiedzą, inni nie, że Sagitta oprócz tego, że mieszkając w Krakowie grała w Gothic'a i odwiedzała samą siebie w jaskini ("Dawno, dawno temu, za górami, za lasami..."), to organizowała też koncerty i różne eventy. Nie na "Śląskim" w Chorzowie, ani "Narodowym" w Warszawie i nie sama, ale aula "Auditorium Maximum" UJ'otu, "Teatr Stary", "NCK", czy kino "Kijów (wtedy Kijów.Centrum, koniecznie z kropką pomiędzy! Ci co wiedzą, to wiedzą ;)) były zazwyczaj wypełnione po brzegi. Choć to nie moja zasługa, ale pracy zespołowej. To, co jest pewne, to to, że w swoim życiu współorganizowałam więcej koncertów niż byłam odbiorcą po drugiej stronie sceny. Dalej uważam, że bycie za kulisami jest większym przeżyciem niż wśród widowni. I chętnie bym jakiś koncercik zorganizowała znowu.

Trzy większe koncerty na jakich byłam i jakie pamiętam (coś mi Majka Jeżowska dzwoni w uszach, ale "na raz, na dwa" sobie nie mogę tego przypomnieć ;)) to - i teraz uwaga, w kolejności chronologicznej - Modern Talking, Kings of Leon, Wardruna. W międzyczasie był koncert hiphopowy (miałam swój czas rozciągniętych bluz i szerokich spodni) w krakowskim "Jubilacie", "Art on Ice" z Nelly Furtado i koncert zespołu Russian Circles, na którym byłam strasznie chora i o którym nie wiedziałam nic (nawet teraz szukałam pod nazwą "Russian Circus"...). Pamiętam za to dobrze, że laska obok tak trzepała włosami, że dzięki wiatrowi, który wytwarzała obniżała mi skutecznie gorączkę). 
 
Jak widzicie moje uszy są - podobnie jak moje kubki smakowe, o których wspominałam w poście "Portorykańskie Coquito..." - dosyć otwarte (kubki już nawet na brukselkę. Koza dalej ble). Słucham naprawdę różnej muzyki. Kocham Gotthard'a, Whitesnake'a, Kingsów i Stonesów. Modern Talking sprawia, że szaleję na parkiecie (tym domowym też). Wardruna i holenderski Haevn (który ostatnio odkryłam) koją mi zmysły. Stevie przypomina, że "there's a place in the sun" i "movin' on", a Zbigniew Wodecki (z Którym miałam przyjemność rozmawiać przez telefon), że "Nad wszystko uśmiech Twój" i "w drewno stuk puk, by dobry Bóg wciąż łaskawie zerkać chciał,  a reszta cóż nieważna już, bylem Ciebie nadal miał(a)".

Poddając gatunki muzyki jakiej słucham analizie wychodzi mi, że jestem osobą kreatywną, delikatną, ale miewającą niskie poczucie własnej wartości (rock), osobą towarzyską, pewną siebie, ceniącą relaks i chwytliwe melodie (pop/muzyka rozrywkowa), osobą wrażliwą, ceniącą spokój, naturę i głęboką introspekcję (folk) oraz osobą inteligentną, niekiedy charakteryzującą się nerwicą (indie).

Kim jestem naprawdę? Otwartą na różnorodność osobą z całym wachlarzem emocji i zachowań. A może jednak "zielarką i uzdrowicielką, przekonaną, że wszyscy w okolicy mają ją za starą wiedźmę i przychodzą do niej tylko wtedy, gdy czegoś potrzebują"? ;)

Dwanaście...

Doskonale pamiętam ten moment dwanaście lat temu, kiedy trafiliśmy do Szwajcarii na dwa lata. 31 stycznia 2014 roku. Równie dobrze pamiętam, jak dwa lata temu publikowałam post "Dekada, czyli dokładnie dziesięć lat temu..." o przeprowadzce do Szwajcarii. Już wtedy mogłam uruchomić proces starania się o szwajcarskie obywatelstw0. Nie ruszyłam z tym do tej pory. Te dwa lata zleciały tak szybko, a ja nie miałam przez ten czas odwagi, żeby potencjalnie zostać Szwajcarką.
Podobno kiedy myślimy o czerwonym samochodzie to zaczynamy  czerwone samochody widzieć wszędzie. Podobnie mają kobiety w ciąży. Nie że widzą wszędzie czerwone samochody, ale inne kobiety z ciążowym brzuszkiem, ewentualnie z wózkiem. I ja tak teraz mam w tej swojej emigracyjnej bańce. Widzę dużo postów o tym, jak trudno żyć w tym emigracyjnym rozkroku na dwa kraje. Szczególnie tym, którym urodziło się dziecko. Ostatnio ze Znajomą Mamą z Czech, która w Szwajcarii jest krócej o rok ode mnie, zaczęłyśmy o tym rozmawiać. Jak tutaj brakuje tego, co jest tam. Jak trudno czasami poradzić sobie z myślą, że będąc tu, tracimy coś, co jest tam. Powroty z Ojczyzny, szczególnie wydaje mi się po Bożym Narodzeniu i Nowym Roku, uruchamiają dość mocno tęsknoty i refleksje. 
Po powrocie z Polski do Szwajcarii z okresu świąteczno-noworocznego, czyli po powrocie z domu do domu, dowiedziałam się, że tutaj Ktoś, Kogo znałam i lubiłam "nagle zniknął i uporczywie Go nie ma". Nie byłam z Nim związana tak, jak z tym pierwszym Kimś, Którego wspominam w "Dekadzie..." i w "Roku...". Ale to był Ktoś z Kim rozmawiałam w nieojczystym języku, z Którym grałam w kręgle, od Którego usłyszałam nieraz miłe słowo, Który wysłał mi wiadomość (zachowam ją na zawsze) z gratulacjami z okazji narodzin Syna, z Którym ostatni raz rozmawiałam na jetlagu tuż po powrocie z Kanady... I Którego teraz otuliła szwajcarska ziemia. Ta sama, na której stanęłam dwanaście lat temu i po której ja mogę dalej chodzić...
Myślę sobie, że te przełomowe momenty życia w odniesieniu do emigracji są czymś, co sprawia, że kraj, w którym przyszło nam żyć jako emigrant coraz bardziej powiększa ten rozkrok, a jednocześnie sprawia, że ta Obczyzna staje się coraz bardziej Ojczyzną. Czasami pojawia się też uczucie, że naszej Ojczyźnie, tej pierwszej, bliżej do Obczyzny. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Ale ono na szczęście mija.
Niezależnie od tego, czy będę trzymała kiedyś czerwony szwajcarski paszport w dłoni, Szwajcaria ma w moim sercu specjalne miejsce i już od dawna czuję, że jest moją drugą Ojczyzną. Te dwa lata, które zamieniły się niespodziewanie w dwanaście są tego najlepszym dowodem.

Dziesięć...

Gdybym mogła oddać jedną swoją przywarę, to oddałabym porównywanie się z innymi. Ewentualnie pozostawienie tej umiejętności w połączeniu tylko z inspiracją. Jak to powiedziała Sylwia Królikowska w podcaście "Balans" u Kuby Jankowskiego: “Ja mam jedną krowę, Ty masz dwie krowy. Naucz mnie, jak to się robi, żeby mieć dwie”. Takie porównywanie biorę w ciemno. Ja rzadko idę w kierunku dalszej części jej wypowiedzi: “a żeby Ci ta druga zdechła”, ale najczęściej z niewiary w siebie, albo z “a po co” przestaję tę swoją krowę wyprowadzać na pastwisko. I tak za chwilę miną dwa (jak?!) lata, kiedy w poście „Kto to będzie czytał?…” pisałam, że chcę tu na blogu pisać więcej. Zaszalałam od tego czasu z dwoma nowymi postami. Ten będzie trzeci. Akurat w dziesiątą rocznicę powitania Was w "Świecie Sagitty" postem "Pisać każdy może...".
Przez te dziesięć lat trochę się zmieniło. Sagitta została mamą, a jej umiejętność nieinspirującego porównywania się do innych wzrosła. O, matko! Jak ona wzrosła! Kiedyś było "ktoś lepiej pisze", "ktoś robi lepsze zdjęcia", "ktoś ciekawiej opisuje swoje podróże", "ktoś już tam był, to po co o tym pisać?". Do tej palety doszło "ktoś jest lepszą mamą". Rany, to jest dopiero hardcore.
I tak samo, jak nie ma jedynej słusznej drogi na bycie MAMĄ, jak nie ma jednego takiego samego DZIECKA, tak nie ma drugiego takiego samego postu i zdjęcia, jak na moim blogu. Bo ja pokazuję Wam świat widziany moim obiektywem i opisany moimi słowami. I moim sercem. Do tego świata Was serdecznie zapraszam.
Badania pokazują, że ludzie, którzy oglądają krótkie formy video i czytają krótkie treści mają aktywność mózgu podobną do uzależnionych od hazardu. Ja to czuję. Z resztą pisałam już te niecałe dwa lata temu, że pisanie zdecydowanie lepiej robi mi niż scrollowanie insta. Psychologowie mówią z kolei, że na nadmierne myślenie, którego osobiście mam w nadmiarze, pomaga pisanie. A pisać lubię. Chociaż nie robię tego lepiej niż inni. Ale zgadzam się, że każdy może. Przynajmniej spróbować, jeśli chce. 
Jane Goodall - jedna z najwybitniejszych badaczek przyrody - uważała, że "każdy człowiek ma swoją rolę do odegrania". Jedni ją odkryją, inni nie, ale każdy człowiek może zmienić otoczenie na lepsze i mieć na nie wpływ (nie tylko w kwestii przyrody). Trzeba tylko szukać swojej drogi. Może to pisanie dla mnie jest jakimś zmienianiem siebie na lepsze, a może niektórym z Was przyniesie też korzyści. Im więcej dobra i spokoju w nas, tym więcej dobra i spokoju na świecie.
Pewnej Ani dziękuję za motywację, dzięki której wróciłam do pisania. Dziękuję tym z Was, którzy piszą do mnie: "Kasia, masz talent. Pisz!" (reklamacji nie przyjmuje się ;)). Czas pokaże, czy uda się za 10 lat napisać: "Dwadzieścia lat temu powitałam Was postem...". Niezmiennie i niezmiernie „cieszę się, że tu jesteś”!

Z(Ł)OO?...

Poszłam do zoo. Sama. W niedzielę. W zimie. Szalona. Poszłam, bo już od jakiegoś czasu chciałam tu przyjść tak na spokojnie, w swoim tempie. Bo zatęskniłam za tropikami, a w zuryskim zoo jest Masoala Regenwald. Las deszczowy wzorowany na tym z Madagaskaru (pingwiny też są, w innej części zoo, w zimie nawet paradują po ścieżkach). Już samo zoo to dla niektórych temat kontrowersyjny, bo czy to etyczne tak więzić żywe istoty? Natomiast samotna kobieta w zoo, na dodatek dość pogodna, z rozluźnionymi rysami twarzy, dla będących tam tabunami rodziców z dziećmi to podejrzewam bezdzietna lambadziara, która średnio rozumie i to więzienie i to rodzicielstwo.
Co do kontrowersyjności zoo, to ja Wam napiszę tak: nie każdy ma możliwość odwiedzenia Galapagos czy Parku Etosha, a większość rodziców chce pokazywać swoim dzieciom świat, samemu go też odkrywając lub poznając na nowo. Ja sama swój pierwszy las deszczowy odwiedziłam po 30-stce, 10 lat temu w 2016 roku (wpisuję się w obecny trend 2016-2026).  Dobrze wiem też z autopsji między innymi po pobycie w Australii, gdzie większość kangurów mieszkających w dziczy widziałam martwych przy drogach, a najbliższy kontakt z nimi miałam w Sanktuarium w Brisbane (gdzie obiecałam sobie, że żadnego już nie zjem), a jedynego kazuara widziałam w zoo, mimo, że mieliśmy nocleg w miejscu, w którym jakiś powinien przyjść do nas w odwiedziny, nie ma gwarancji na takie bliskie odkrywanie. Po swojej wizycie w zoo w San Diego sama też zwątpiłam w bliskie i bezpieczne spotkania ze zwierzętami nawet w parkach zoologicznych. Pisałam już o tym na blogu:
"Z tym Zoo w San Diego, swoją drogą, to jest jakaś straszna ściema i całe to zwiedzanie nie jest warte nawet dolara. Większość zwierząt podczas naszej wizyty spała, schowana gdzieś w swoich norach. I niby śpią, bo to godzina nie ta, bo to strefa nie ta, bo to pora roku nie ta, ale my zaczęliśmy podejrzewać, że one tak naprawdę nie istnieją, ewentualnie są sztuczne, co obniża koszty utrzymania zoo. Prawdziwe są już dawno na Madagaskarze (przynajmniej Marty z Alexem, Melmanem i Glorią...). Młody, kilkuletni Amerykanin poszedł nieco dalej w swoich podejrzeniach: "Mamo, ten diabeł tasmański dalej śpi. Może on nie żyje?"
Moja dewiza co do takich miejsc generalnie brzmi: "Wybieraj mądrze, sprawdzaj opinie, nie wspieraj szajsu. Im mniej oczekiwań, tym więcej zwierząt spotkasz." Zuryskie zoo jest moim zdaniem naprawdę świetne: duża przestrzeń, zadbane zwierzęta, place zabaw dla dzieci, restauracje i bary, wspieranie różnych światowych projektów, ochrona zagrożonych gatunków i edukacja. Tu możecie poczytać o projektach i je wspomóc PROJEKTY ZOOh!. Zerknęłam na bliskie mi krakowskie zoo, w którym byłam tak dawno, że nawet nie wiem jak dawno. Może nie ma tak spektakularnych projektów, ale funkcję edukacyjną i ochronną spełnia: ZOO Kraków
Ale wracając do mojej samotnej wizyty w zuryskim ogrodzie zoologicznym... Ja myślałam, że ja tam idę przede wszystkim na spokojnie zagrzać się w tej Masoali (zawsze zostawiamy to na koniec, przelatując przez nią z niedosytem) i może zobaczyć w innej części ulubione żyrafy. Ja nie wiedziałam, że ja tam idę po coś więcej. Po obserwację. Po trening uważności. Ja tam po raz pierwszy jako mama mogłam poobserwować dzieci i rodziców, nie będąc jednocześnie w to zaangażowana. I przysięgam Wam, że to było jedno z najciekawszych doświadczeń ta obserwacja (przy czym nie wykluczam, że akurat dobrze trafiłam w dzień swojego cyklu ;)). Gdyby mi ktoś powiedział: idź sama do zoo, w niedzielę, będzie duuuuużo rodziców z dziećmi, to będzie mindfulness w czystej postaci, to ja bym mu powiedziała, że już chyba wolę stanąć na środku "Shibuya Crossing". Głodna na dodatek.
A ja tam w tym zoo naprawdę  nie dość, że się nie przebodźcowałam, co ostatnio szybko osiągam, to ja tam chodziłam i się uśmiechałam (ci, co nie myśleli, że lambadziara, to na bank, że na przepustce z więzienia, albo psychiatryka niekoniecznie z przepustką). I widziałam rodziców, którzy są po meltdownach swoich dzieci, w trakcie i w trybie czuwania "kiedy?". Bo że są przed to oni już wiedzą na pewno ;) I tą mamę widziałam, co już nie chce oberwać twardą śnieżną kulką, ale oberwie. I tatę, co się w chowanego bawi, żeby urwać chwilę spokoju. I tych rodziców obładowanych tymi kurtkami swoich dzieci, te mamy karmiące piersią przy słoniach. Tatę, który z dumą pokazuje synowi znalezionego na drzewie gekona. Dwie Panie z czułością uspokajające jedno dziecko. Cały przekrój widziałam. I tak sobie to znormalizowałam. Poczułam, że ja nie jestem odosobniona. I pomyślałam sobie, że w porównaniu z tymi zwierzętami w tym zoo, to my mamy przewagę. My mamy zabawki i tablety... ;)  I poczucie humoru. Bo jeśli nie wiesz, czy się śmiać, czy płakać, to... płacz przez śmiech lub śmiej się przez łzy :)