Hello Halifax...
Po dziewięciu latach nieobecności w Ameryce Północnej przyjemnie było poczuć, jak koła szwajcarskiej szarotki (linie Edelweiss) po niecałych siedmiu godzinach lotu dotykają pasa lotniska Halifax Stanfield.
Jeszcze zanim w lipcu 2025 wylądowaliśmy w Halifaxie podejrzewałam, że - jako miłośniczce miast portowych - stolica kanadyjskiej prowincji Nova Scotia (zwanej "Canada's Ocean Playground") przypadnie do gustu. Ale mimo tych podejrzeń nie spodziewałam się, że aż tak mocno przypadnie. I że tydzień później, będąc już w prowincji Quebec, tak bardzo będę żałować, że nie przedłużyliśmy pobytu tutaj i nie odwiedziliśmy (jak początkowo planowaliśmy) Ani z Zielonego Wzgórza na niedalekiej Wyspie Księcia Edwarda.
Już po wyjściu z terminala miasto przywitało nas ciepłem, którego się nawet nie spodziewaliśmy. Było słonecznie i delikatnie parno. Kiedy wyjechaliśmy z parkingu wypożyczalni, słońca było już mniej, a krajobraz - przypominający fiński - otulony był mgłą. Na parkingu przed Walmartem powietrze było na przemian chłodne i ciepłe. Takie dziwne uczucie, jak podczas pływania w jeziorze, kiedy na przemian trafia się na ciepłe i zimne "płachty" wody. Tyle, że tu efekt był w powietrzu. Następnego dnia poranek przywitał nas sporą mgłą, a niecałe dwie godziny później w promieniach słonecznych odkrywaliśmy to malownicze portowe miasto.
Z Halifaxem powiązane są dwie duże katastrofy morskie. O pierwszej wiedziałam już przed przylotem (chociaż wcale nie tak długo przed), a o drugiej dowiedziałam się już podczas pobytu od pełnej poczucia humoru i wiedzy Przewodniczki, kiedy pierwszy raz w życiu jechaliśmy i płynęliśmy amfibią z "Harbour Hopper". Pierwsza to ta, o której każdy z Was słyszał - katastrofa Titanica. W kwietniu 1912 roku miasto z uwagi na swoje dogodne położenie stało się centrum akcji poszukiwawczej, a później miejscem spoczynku dla wielu ofiar tej tragedii. Najwięcej z nich spoczywa na "Fairview Lawn Cemetery", na który - jak przystało na cmentarz położony w Ameryce Północnej - można wjechać samochodem. Dla osób, które interesują się Titanickiem obowiązkowym miejscem jest "Maritime Museum of the Atlantic", które zgromadziło największą na świecie kolekcję drewnianych przedmiotów pochodzących z wraku. Dla nas to tu zaczęła się fascynacja niezatapialnym statkiem marzeń, która po paru miesiącach doprowadziła nas tam, gdzie wszystko się zaczęło - do Belfastu.
Drugą katastrofą związaną z miastem była ogromna eksplozja w porcie Halifax, która miała miejsce 6 grudnia 1917 roku (nieco ponad 5 lat po Titanicu). Była to największa sztuczna eksplozja przed zrzuceniem bomby atomowej (moc eksplozji była równa 1/5 mocy bomby zrzuconej na Hiroszimę w 1945 roku) i ogromna tragedia nie tylko dla bliskich ofiar, ale dla całej społeczności. W tym dniu, kiedy mieszkańcy czuli już świąteczny klimat, doszło do zderzenia francuskiego frachtowca "Mont-Blanc", przewożącego ogromne ilości materiałów wybuchowych i łatwopalnych cieczy z norweskim parowcem "Imo". Na "Mont-Blanc" po zderzeniu wybuchł pożar, którego nie udało się opanować, dlatego załoga opuściła statek. Dryfujący "Mont-Blanc" przyciągnął na nadbrzeże tłumy gapiów oraz strażaków próbujących ugasić ogień. W końcu ogień dotarł do ładowni z materiałami wybuchowymi, powodując potężną eksplozję. Zniszczyła ona budynki w dużej części miasta, zabiła prawie 2 tysiące osób i raniła około 9 tysięcy. Wiele osób doznało uszkodzeń wzroku. Jedną z tych osób, o której dowiedzieliśmy się również podczas wizyty w Muzeum Morskim był dwuletni wtedy Eric Davidson. Mimo, że stracił całkowicie wzrok stał się cenionym mechanikiem oraz symbolem determinacji i radzenia sobie z przeciwnościami losu.
Będąc w Halifaxie warto pojechać do uroczej rybackiej wioski Peggy's Cove i - przy dobrej pogodzie - podziwiać malowniczy krajobraz i skąpaną w promieniach zachodzącego słońca zbudowaną tam w 1915 roku latarnię morską. To jeden z najchętniej i najczęściej fotografowanych obiektów w Kanadzie. I wcale się temu nie dziwię. Biel latarni kontrastująca z błękitem oceanu i nieba, a do tego wygładzone przez fale i imponujące formacje skalne. Ahhh! Żeby pobyt zaliczyć do udanych (tudzież móc go w ogóle zaliczyć) należy zachować szczególną ostrożność przy wchodzeniu na skały (spacer tylko po suchych, jasnych skałach!), ponieważ wody oceanu wokół Peggy's Cove są niebezpieczne. Nieprzewidywalne, gwałtowne fale często rozbijają się o skały nawet podczas spokojnej i słonecznej pogody.
Halifax był naszym pierwszym przystankiem w ponad dwutygodniowej podróży po Kanadzie. Dobrze było znowu poczuć jetlag w tę stronę (chociaż wyjątkowo nie był tak silny, ale spokojnie - powrót do Europy "wynagrodził").
Okazało się, że bardzo tęskniłam za "Wow! You are from Europe! Fantastic!", za "osobowymi ciężarówkami" - rany, jakie te pickupy są wielkie! Młodemu spodobały się toalety, które mógł zamknąć od środka i wyjść dołem (podobnie jak w USA "wchodzisz do toalety i pojawia się pytanie, czy ją polska ekipa budowlana robiła i zajumała przy tym połowę materiału na drzwi i ścianki oddzielające kabiny? Czemu to wszędzie takie krótkie jest? Żeby widzieli, czy nie kombinujesz i nie chcesz się wysadzić? Bomba!" - "Ameryka, jakiej (może) nie znacie..."). Woda do picia natomiast nie śmierdziała chlorem, ciśnienie wody dało się regulować (chociaż czasami trafialiśmy na gałkę prysznicową przymocowaną do ściany, bez kabla prysznicowego i było to bardziej upierdliwe niż brak regulacji ciśnienia), pomieszczenia nie były tak wyziębione od klimatyzacji, ale rekompensowała to temperatura wody w oceanie - jakby nie to, że woda kryształ, to można by pomyśleć "Bałtyk w lecie". Ciekawym doświadczeniem było nie usłyszeć przez dwa i pół tygodnia języka polskiego poza tym, kiedy znaleźliśmy się w terminalu lotniska Halifax przed kontrolą paszportową (do przekroczenia kanadyjskiej granicy potrzebna jest rejestracja w systemie ETA). Była to Szwajcarka pochodzenia polskiego, podróżująca ze swoją rodziną (pozdrowienia!).





















0 komentarze :